Połowa lipca, koło godziny piętnastej. Przychodzę na boisko, zresztą jedno z popularniejszych na warszawskiej Pradze, wita mnie tylko ten wchodzący w buty żwirek rozsiany po murawie, którego zresztą szczerze nienawidzę. Ludzi brak. Poza jakimś śpiącym panem na ławce w oddali, będącym w sami-wiecie-jakim stanie. Byłem tam też dzień wcześniej, zagrałem nawet mecz – było miło, ale ważne jest jednak, z kim zagrałem ten mecz. Nie, nie z rówieśnikami, nie z młodszymi od siebie, nie z tymi tylko lekko starszymi. W większości byli to panowie podchodzący już pod czterdziestkę, którzy się zgadali by przyjść na boisko.
